4/12/2006

rajd do Santa Cruz

W asuncion zrezygnowalismy z zabukowanych biletow lotniczych na rzecz przejazdu busem legendarna trasa Asuncion Santa Cruz. Trasa jest przejezdna tylko od czasu do czasu, tylko wtedy gdy nie padaja ulewne deszcze, a jeszcze do niedawna przeprawa nia zajmowala 4y dni.
Decyzje te pomogli nam podjac lokalni brokerzy biletow autokarowych, ktorzy wyprostowali mit tej drogi mowiac ze teraz jest tam wylany asfalt, a podroz komfortowym autokarem sypialnym trwa 15 godzin. POkazywali zdjecia, byli bardzo przekonywujacy. Po dwu godzinnych negocjacjach z kilkunastoma agencjami okazalo sie ze sa i tak tylko dwa autokary, a brokerzy wzajemnie konkuruja o obsadzenie ich pasazerami..
Kupilismy bilety na 20:00.









Nasz srodek lokomocji wygladal calkiem slusznie, ale tylko z zewnatrz, w srodku warunki raczej spartanskie, nie przypominalo to niczego ze zdjec.
Wyruszylismy finalnie o 22:00, ledwo sie zmiescilismy w ciasne miejsca, ale poniewaz bylismy slusznie zmachani, zasnelismy kamiennym snem, ale z nogami pod broda.









Autokar sunal spokojnie po nowej drodze asflatowej na grobli przez bagna Paragwaju.












Rano obudzila nas seria mocniejszych szarpniec i gdy tylko slonce oswietlilo okolice zobaczylismy waska, piaskowa droge pomiedzy nieprzebytymi gestwinami roslinnosci krzaczastej. To bylo w 2/3 drogi przez Paragwaj. Autokar odpalil naped na 4y kola i wzniecajac tumany kurzu dzielnie walczyl z wybojami. Juz po 3ech godzinach tej trasy byla mala awaria podwozia. Ale opanowana.









Zaraz potem musielismy wypychac z blota autokar jadacy przed nami.






























Jedynym mozliwym kierunkiem byl jechac do przodu, autopkary nie mialy mozliwosci zawrocic. Czulismy sie jak na rajdzie.
Mijalismy male wioski i czasami sie zatrzymywalismy, wtedy momentalnie otaczaly nas hordy dzieciakow.









W pewnym momencie musielismy ominac okazala kaluze i zrobilismy objazd przez malutka wioske, placac okup wiesniakowi przebilismy sie przez jego pola.










Jakis klometr drogi musielismy przejsc pieszo, kierowca uznal, ze bezpieczniej i pewniej bedzie mu przejechac ruchome piaski bez balastu ludzkiego.









Jechalismy juz cali utytlani w piachu, wciskal sie wszedzie przez nieszczelne szyby. Po kilku godzinach sawanna zamienila sie w busz, a potem w gesta pagorkowata puszcze - jechalismy wawozem a autokar co chwila zamienial sie w amfibie pokonujac metrowej glebokosci kaluze i bloto. Nasz boliwijski mistrz kierownicy manewrujac zrecznie pojazdem wspomnial, ze jeszcze 3 dni temu ta trasa byla calkiem nieoprzejezdna, ale teraz jest lepiej...













































Gdy tylko to powiedzial, wyprawa natrafila na male jeziorko na srodku naszego wawozu, ktorego nie dalo rady przejechac. Kierwocy wysiedli i w 20 minut za pomoca maczet i lopat stworzyli w gaszczu cos na ksztalt bocznej rynny, w ktora zaraz z rozpedu wjechal pierwszy autokar, przechylil sie mocno, przesliznal na podwoziu po usypanym garbie i zaraz za jeziorkiem wpadl spowrotem do wawozu. Ten sam manewr powtorzyl nasz autokar...

W takich warunkach minelismy granice boliwijska, potem druga i trzecia oraz przejechalismy kilka godzin az do podnoza boliwijskich andow. Tam wreszcie wrocil pod kola asfalcik. Do St Cruz dotarlismy o 2giej nad ranem po 30 godzinnej jezdzie bez trzymanki.
Nie zalujemy ani minuty!